Monodram Artura Paczesnego "Trzy akordy gniewu"

Data: 16.01.2026 r., godz. 19.00    Liczba odwiedzających: 310

Bunt i gniew! Ekspresja, która zostaje w człowieku na długo.
16 stycznia sala w legionowskim ratuszu wypełniła się energią, której nie da się zamknąć w żadnych schematach. Artur Paczesny w monodramie „Trzy akordy gniewu” udowodnił, że teatr nie musi mieć wielkiej oprawy, by uderzyć z potężną siłą.
To nie był zwykły spektakl. To była surowa, bliska stand-upowi spowiedź chłopaka, który z biedy, odrzucenia i dysfunkcji przekuł swój gniew w sztukę. Historia inspirowana biografią Johna Lydona i punkową historią punka stała się uniwersalnym pytaniem o cenę bycia wiernym sobie.
„Czy istnieje dla człowieka inny cel niż szukać – choćby po omacku – własnej drogi naprzód?” – to pytanie wybrzmiewało wczoraj wyjątkowo głośno.
Dziękujemy wszystkim za obecność, za wspólne zanurzenie się w tej anty-systemowej opowieści o wrażliwości ukrytej pod maską buntu. Artur Paczesny – czapki z głów za scenariusz, muzykę i ten niesamowity, szczery ładunek emocjonalny!

trzy-01.jpg (254 KB)

trzy-02.jpg (249 KB)

trzy-03.jpg (268 KB)

trzy-04.jpg (356 KB)

trzy-05.jpg (229 KB)

trzy-06.jpg (132 KB)

Rachunek zbuntowanego sumienia
Artura Paczesnego gniewne rozliczenia z kulturą

Nazwy „gniew” i „bunt” zostały przez współczesną kulturę (z aktywnym udziałem tzw. sztuki) do głębi zbanalizowane, ugłaskane, wykorzenione z pierwotnego kontekstu. Któż dzisiaj z przejęciem i zapałem czyta „Człowieka zbuntowanego” Alberta Camus? Kto pamięta zaprzeszłowiecznych nihilistów sportretowanych przez Turgieniewa w postaci Bazarowa w „Ojcach i dzieciach”? Kto wspomina buntowniczy teatr Dario Fo – byłego noblisty z końca ubiegłego wieku? Radykalny bunt i uświęcony szczerym przekonaniem gniew roztopiły się w bezpłciowych protestach upaństwowionego lewactwa, oferującego znużonej publiczności kolejne definicje „mowy nienawiści”. Bunt i jego dziecko – gniew – zeszły do podziemi podświadomości, drążąc niejawne korytarze pod skórą kultury, zgrubiałą od nieczułości na autentyczne wykluczenie i oczywiste zniewolenie. Wydaje się, że „system” zawładnął już wszystkim – a szczególnie naszą wrażliwością.
I oto na scenie, jakże na co dzień poprawnej, sali widowiskowej legionowskiego ratusza pojawia się Artur Paczesny, głosząc swoje „Trzy akordy gniewu”. Gdyby nie fakt, że Paczesny jest dopiero na początku aktorskiej kariery, można by orzec, że „Trzy akordy” to dzieło jego życia.
Oto monodram, jedna z najtrudniejszych form scenicznych, wymagająca od jego twórcy utrzymania uwagi widowni siłami jednostki (a więc niewybaczająca błędów) – przykuwa uwagę widzów od pierwszego (gniewnego i niecenzuralnego) słowa do ostatniej deklaracji przemyślanej łagodności i równowagi. Zmieniające się nastroje i emocje skupiają na osobie aktora oczy i uszy widzów w bardzo różnym wieku, wyposażonych w bardzo różne doświadczenia.
Oto aktor – a więc ten, który działa – głosi ze sceny kwestie zapomniane i w kulturze popularnej programowo nieobecne, a jego słów słuchają wszyscy z uwagą i zainteresowaniem, bo wytworzone przez rytm wypowiedzi napięcie rodzi ciekawość: co będzie dalej? Co czai się za rogiem niespodzianki, za kolejnym zaułkiem przemian, za kolejnym sforsowanym szlabanem oczywistości?
Oto oddech – magiczny fetysz twórców tradycyjnego teatru japońskiego, którzy twierdzili, że aktor powinien działać na scenie tak, żeby widzowie oddychali wraz z nim w jednym rytmie; Paczesny zmusił publiczność do oddychania wraz z nim, do wchłaniania i wypuszczania powietrza w momentach przez niego wskazanych; i robili to razem z nim zarówno dwudziesto- jak i siedemdziesięciolatkowie.
Oto kostium – przywdziany przez aktora, aby ukonkretnić przekaz i osadzić go w historii społeczeństwa i momencie dziejów. Kostium w gruncie rzeczy przypadkowy, tak jak przypadkowym zjawiskiem był punk-rockowy bunt, zawłaszczony niebawem przez antypunkowy i niebuntowniczy mainstream muzycznych wytwórni.
W mroźny, styczniowy wieczór można było ogrzać się przy ognisku buntu, w cieple autentycznego gniewu. Ogień sprzeciwu i żar rebelii podsumowane zostały konkluzją, której nikt z widzów nie oczekiwał. To wszak moc puenty świadczy o jakości dzieła.
Puenta – której z przyczyn oczywistych nie zdradzę – pozwoliła jakże zróżnicowanej wiekowo widowni przeżyć to, co w teorii sztuki (i życia) nazywa się katharsis.
Zatem zapytany o moje odczucia po doświadczeniu uczestnictwa w spektaklu „Trzy akordy gniewu” powiem: zaryzykujcie podróż wgłąb gniewu i buntu, kto wie, co z tego wyniknie?
Ponadto doradzę każdemu potencjalnemu widzowi „Trzech akordów gniewu” lekturę wiersza Stanisława Grochowiaka „Do S...”. Wiersz ten krąży nade mną od kilkudziesięciu lat i za każdym razem, gdy zbliżam się do niego, co innego mi oznajmia. Wróciłem więc do niego po uczestnictwie w spektaklu Paczesnego i wiersz Grochowiaka brzmiał tak (tak samo zresztą, jak zawsze):

Bunt nie przemija, bunt się ustatecznia;
Jest teraz w locie: dojrzałym, dokolnym,
Jakim kołują doświadczone orły.
Bunt się uskrzydla tak - jak udorzecznia.

Bo wpierw to było jakby piaskiem w oczy,
Turniejem chłopców na słonecznej plaży;
A teraz ciężki; teraz więcej waży.
Bunt się uskrzydla tak - jak w kamień toczy.

I pomyśl: czułość, ta świetlista kula,
Teraz dopiero w mym pobliżu płonie,
Luzując szczęki, łagodząc me dłonie.
Bunt się uskrzydla tak - jak się uczula.

Na pewno ja, a być może i Artur Paczesny, nie mielibyśmy nic przeciwko temu, abyście nauczyli się tego wiersza na pamięć; a potem wybrali się na spektakl „Trzy akordy gniewu”.

Robert Żebrowski