Kwietniowe prowokacje MOK Legionowo - myślenie w kwarantannie

Kurier Kulturalny MOK w kwietniu nie zostanie wydany. Stałym czytelnikom naszego pisma, w braku zaproszeń na wydarzenia, których w kwietniu nie będzie, proponujemy pewną formę zastępczą.
Ponieważ jedyną dziedziną sztuki, która w całości opiera się niegodnościom ogólnonarodowej kwarantanny, jest literatura, pozostaniemy w jej kręgu. Wszystkie przecież inne gałęzie sztuki zostały w kwarantannie nieco nadpiłowane: teatr czy opera na ekranie telewizora lub komputera to tylko proteza; muzyka odtwarzana z nagrań to tylko forma zastępcza tego, co powinno się usłyszeć na żywo; obraz, dzieło plastyka, wyświetlony na monitorze błyszczy światłem nie swoim, lecz sztucznym; nawet film - traci część swej magii pozbawiony wielkiego ekranu i kinowej sali.
Literatura uszła cało - w formie przez koronawirusa niezmienionej, dostępna jest tak samo, jak przedtem, w postaci drukowanych książek lub plików tekstowych odtwarzanych na różnych nośnikach.
Zaczniemy od półki najwyższej - od noblistów. I nie od ich dzieł właściwych: powieści, opowiadań, dramatów, wierszy - lecz od krótkich form wytworzonych specjalnie na okoliczność otrzymania Nagrody Nobla - czy od tzw. "noblowskich wykładów".
To wypowiedzi bardzo ciekawe, bo stanowiące w twórczości każdego noblisty moment przełomowy, moment skłaniający do refleksji nad sobą, światem, literaturą, sztuką w ogóle; moment pozwalający literatom na ogólną refleksję nad historią, istotą człowieczeństwa, wyrażoną wprost, bez zbytecznych estetycznych ozdobników.
Proponujemy Państwu lekturę pięciu noblowskich wykładów. Trzy z nich to "noble polskie", przyznane Czesławowi Miłoszowi (1980), Wisławie Szymborskiej (1997), Oldze Tokarczuk (2019).
Dwa pozostałe wybrałem dlatego, iż ich autorzy dobrze są polskiemu czytelnikowi znani i dzięki znakomitym przekładom przemawiają do nas w pełni po polsku - a mieli też wiele doświadczeń bliskim naszym literatom. Prezentujemy więc wykłady rosyjskiego poety-emigranta Josifa Brodskiego (1987) oraz niemieckiego prozaika Güntera Grassa (1999).
Na ile - profetyczne nieraz - słowa noblistów wygłoszone na zamówienie szwedzkiej akademii dotykają dzisiaj naszej wrażliwości, na ile sugerują odpowiedzi na pytania, jakie dziś sobie stawiamy? Czy w którymś z wykładów zachowało się coś "ponadczasowego", co jeszcze dzisiaj ważne jest w zmieniającym się gwałtownie świecie?
Warto chyba podjąć trud lektury i przeczytać pięć niezbyt długich tekstów, aby się do nich osobiście - lub publicznie - odnieść.
Na naszej stronie na facebooku jest obok wydarzenia o nazwie "Nobliści zamiast Kuriera Kulturalnego" ankieta, w której możecie Państwo wyrazić swoją opinię i wybrać ten spośród pięciu wykładów, który jest Wam dziś najbliższy i wydaje się, na obecne czasy, najcelniej definiujący ludzką rzeczywistość.

Poniżej pliki z wykładami, a jeszcze niżej link do wspomnianego wydarzenia na facebooku.

Nobel 1980 - Czesław Miłosz
Nobel 1987 - Josif Brodski
Nobel 1997 - Wisława Szymborska
Nobel 1999 - Gunter Grass
Nobel 2019 - Olga Tokarczuk



Stare Legionowo w rysunkach Andrzeja Zalewskiego
Odcięci od nowych wydarzeń realnego świata przegrzebujemy archiwa.
Na serwerze MOK-u zachowała się, przez kilka lat martwa, strona internetowa prezentująca rysunki nieżyjącego już Andrzeja Zalewskiego, znakomitego plastyka i historyka, dokumentującego najstarszą legionowską architekturę.
Choć ta internetowa publikacja została "napisana" w najprostszym możliwym języku służącym do tworzenia stron (html) i nie wykorzystuje żadnych nowoczesnych narzędzi, ma jednak swój urok.
Dlatego postanowiliśmy ją opublikować ponownie, bo i rysunki warte tego, aby je obejrzeć, i ta prostota internetowego przekazu w dobie przeładowania nowinkami wydaje się ciekawa.

Link do strony:
zabytki.moklegionowo.pl


Olgi Tokarczuk okno na epidemię
Zachęcamy do lektury felietonu polskiej noblistki Olgi Tokarczuk, opublikowanego przez nią 1 kwietnia 2020, na pewno nie w ramach tradycyjnego "prima aprilisa".
Felieton ten - zamieszczony na stronie "thefad.pl/" cytujemy tu w całości, wraz ze wstępnym wyjaśnieniem autorki.
Zarówno ten wstęp, jak i wiele akapitów cytowanego testu, miałbym ochotę już teraz skomentować, ale powstrzymam się od tego, czekając na Państwa opinie.
Opinie można publikować na naszym facebooku, albo przesyłać mailem. Tak czy inaczej - będziemy wdzięczni za odzew.



Olga Tokarczuk pisze:
Szanowni Państwo,
w związku z toczącą się w internecie dyskusją wokół mojego felietonu opublikowanego w "Frankfurter Allgemeine Zeitung" i kontrowersjami narosłymi z powodu faktu, że cytowane są jego wyrwane z kontekstu fragmenty, postanowiłam udostępnić Państwu całość oryginalnego tekstu w języku polskim.
Zapraszam do lektury :)


Okno
Z mojego okna widzę białą morwę, drzewo, które mnie fascynuje i było jednym z powodów, dlaczego tu zamieszkałam. Morwa jest hojną rośliną - całą wiosnę i całe lato karmi dziesiątki ptasich rodzin swoimi słodkimi i zdrowymi owocami. Teraz jednak morwa nie ma liści, widzę więc kawałek cichej ulicy, po której rzadko ktoś przechodzi, idąc w kierunku parku. Pogoda we Wrocławiu jest prawie letnia, świeci oślepiające słońce, niebo jest błękitne, a powietrze czyste. Dziś podczas spaceru z psem, widziałam jak dwie sroki przeganiały od swojego gniazda sowę. Spojrzałyśmy sobie z sową w oczy z odległości zaledwie metra. Mam wrażenie, że zwierzęta też czekają na to, co się wydarzy.
Dla mnie już od dłuższego czasu świata było za dużo. Za dużo, za szybko, za głośno. Nie mam więc "traumy odosobnienia" i nie cierpię z tego powodu, że nie spotykam się z ludźmi. Nie żałuję, że zamknęli kina, jest mi obojętne, że nieczynne są galerie handlowe. Martwię się tylko, kiedy pomyślę o tych wszystkich, którzy stracili pracę. Kiedy dowiedziałam się o zapobiegawczej kwarantannie, poczułam coś w rodzaju ulgi i wiem, że wielu ludzi czuje podobnie, choć się tego wstydzi. Moja introwersja długo zduszana i maltretowana dyktatem nadaktywnych ekstrawertów, otrzepała się i wyszła z szafy.
Patrzę przez okno na sąsiada, zapracowanego prawnika, którego jeszcze niedawno widywałam, jak wyjeżdżał rano do sądu z togą przewieszoną przez ramię. Teraz w workowatym dresie walczy z gałęzią w ogródku, chyba wziął się za porządki. Widzę parę młodych ludzi, jak wyprowadzają starego psa, który od ostatniej zimy ledwie chodzi. Pies chwieje się na nogach, a oni cierpliwie mu towarzyszą, idąc najwolniejszym krokiem. Śmieciarka z wielkim hałasem odbiera śmieci.
Życie toczy się, a jakże, ale w zupełnie innym rytmie. Zrobiłam porządek w szafie i wyniosłam przeczytane gazety do pojemnika na papier. Przesadziłam kwiaty. Odebrałam rower z naprawy. Przyjemność sprawia mi gotowanie.
Uporczywie wracają do mnie obrazy z dzieciństwa, kiedy było dużo więcej czasu i można było go "marnować", godzinami gapiąc się przez okno, obserwując mrówki, leżąc pod stołem i wyobrażając sobie, że to jest arka. Albo czytając encyklopedię.
Czy aby nie jest tak, że wróciliśmy do normalnego rytmu życia? Że to nie wirus jest zaburzeniem normy, ale właśnie odwrotnie - tamten hektyczny świat przed wirusem był nienormalny?
Wirus przypomniał nam przecież to, co tak namiętnie wypieraliśmy - że jesteśmy kruchymi istotami, zbudowanymi z najdelikatniejszej materii. Że umieramy, że jesteśmy śmiertelni. Że nie jesteśmy oddzieleni od świata swoim "człowieczeństwem" i wyjątkowością, ale świat jest rodzajem wielkiej sieci, w której tkwimy, połączeni z innymi bytami niewidzialnymi nićmi zależności i wpływów. Że jesteśmy zależni od siebie i bez względu na to, z jak dalekich krajów pochodzimy, jakim językiem mówimy i jaki jest kolor naszej skóry, tak samo zapadamy na choroby, tak samo boimy się i tak samo umieramy.
Uświadomił nam, że bez względu na to, jak bardzo czujemy się słabi i bezbronni wobec zagrożenia, są wokół nas ludzie, którzy są jeszcze słabsi i potrzebują pomocy. Przypomniał, jak delikatni są nasi starzy rodzice i dziadkowie i jak bardzo należy im się nasza opieka. Pokazał nam, że nasza gorączkowa ruchliwość zagraża światu. I przywołał to samo pytanie, które rzadko mieliśmy odwagę sobie zadać: Czego właściwie szukamy?
Lęk przed chorobą zawrócił więc nas z zapętlonej drogi i z konieczności przypomniał o istnieniu gniazd, z których pochodzimy i w których czujemy się bezpiecznie. I nawet gdyśmy byli, nie wiem jak wielkimi podróżnikami, to w sytuacji takiej, jak ta, zawsze będziemy przeć do jakiegoś domu.
Tym samym objawiły się nam smutne prawdy - że w chwili zagrożenia wraca myślenie w zamykających i wykluczających kategoriach narodów i granic. W tym trudnym momencie okazało się, jak słaba w praktyce jest idea wspólnoty europejskiej. Unia właściwie oddała mecz walkowerem, przekazując decyzje w czasach kryzysu państwom narodowym. Zamknięcie granic państwowych uważam za największą porażkę tego marnego czasu - wróciły stare egoizmy i kategorie "swoi" i "obcy", czyli to, co przez ostatnie lata zwalczaliśmy z nadzieją, że nigdy więcej nie będzie formatowało nam umysłów.
Lęk przed wirusem przywołał automatycznie najprostsze atawistyczne przekonanie, że winni są jacyś obcy i to oni zawsze skądś przynoszą zagrożenie. W Europie wirus jest "skądś", nie jest nasz, jest obcy. W Polsce podejrzani stali się wszyscy ci, którzy wracają z zagranicy. Fala zatrzaskiwanych granic, monstrualne kolejki na przejściach granicznych dla wielu młodych ludzi były zapewne szokiem. Wirus przypomina: granice istnieją i mają się dobrze. Obawiam się też, że wirus szybko przypomni nam jeszcze inną starą prawdę, jak bardzo nie jesteśmy sobie równi. Jedni z nas wylecą prywatnymi samolotami do domu na wyspie lub w leśnym odosobnieniu, a inni zostaną w miastach, żeby obsługiwać elektrownie i wodociągi. Jeszcze inni będą ryzykować zdrowie, pracując w sklepach i szpitalach. Jedni dorobią się na epidemii, inni stracą dorobek swojego życia.
Kryzys, jaki nadchodzi, zapewne podważy te zasady, które wydawały się nam stabilne; wiele państw nie poradzi sobie z nim i w obliczu ich dekompozycji obudzą się nowe porządki, jak to często bywa po kryzysach.
Siedzimy w domu, czytamy książki i oglądamy seriale, ale w rzeczywistości przygotowujemy się do wielkiej bitwy o nową rzeczywistość, której nie potrafimy sobie nawet wyobrazić, powoli rozumiejąc, że nic już nie będzie takie samo, jak przedtem.
Sytuacja przymusowej kwarantanny i skoszarowania rodziny w domu może uświadomić nam to, do czego wcale nie chcielibyśmy się przyznać: że rodzina nas męczy, że więzi małżeńskie dawno już zetlały. Nasze dzieci wyjdą z kwarantanny uzależnione od internetu, a wielu z nas uświadomi sobie bezsens i jałowość sytuacji, w której mechanicznie i siłą inercji tkwi. A co, jeśli wzrośnie nam liczba zabójstw, samobójstw i chorób psychicznych? Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny, który nas kształtował przez ostatnie dwieście lat: że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas.
Nadchodzą nowe czasy.

Olga Tokarczuk

1 IV 2020

źródło: "https://thefad.pl/aktualnosci/nowe-czasy/?fbclid=IwAR018QQpWEZ2CQj2JTSyWycLp0qw_1nWAoqNHWoXavM-tO3aNhFOPAgYHUs",
dostęp - 1 kwietnia 2020


"ProGram nieskończoność" czyli MOK wraca do płaszczyzny
Kiedy na początku 2007 roku usłyszałem od znanego i bardzo aktywnego malarza Gena Małkowskiego, że zamierza wyeksponować w małej sali filii legionowskiego MOK 450 obrazów - uznałem, że oszalał. Niewiele mieliśmy wtedy doświadczeń z robieniem wystaw, nie było jeszcze Galerii Sztuki Ratusz - myślałem zatem, że pomysł przekracza nasze możliwości.
Mimo to - spróbowaliśmy - i odbyła się jedna z najciekawszych przeglądowych wystaw, jakie miały miejsce w MOK Legionowo. Powiesiliśmy niemal 450 obrazów 95 autorów. Wernisaż zgromadził licznych zainteresowanych.
Co więcej - wszystko to zostało rzetelnie udokumentowane.
Kilka dni poświęciliśmy, na robienie zdjęć obrazom. Nieoceniony był w tym udział Andrzeja Sobierajskiego.
Potem wieszanie - wyzwanie potężne, ale zrealizowane, siłami Basi Retmaniak i Roberta Michalskiego.
Poświęciliśmy też wystawie odrębną stronę internetową, wytworzoną metodami na dziś archaicznymi, ale skutecznymi. Możecie ją Państwo zobaczyć pod adresem: gram.moklegionowo.pl.
Link poniżej:
gram.moklegionowo.pl

















Tekst informacyjny z katalogu wystawy:
23 marca otworzyliśmy w GALERII MOK TARGOWA w Legionowie, przy ul. Targowej 65, wielką, przeglądową wystawę malarstwa polskiego ostatnich kilkunastu lat. Eksponowanych jest 450 obrazów 95 malarzy. Wystawa ta, w nieco innym kształcie, pokazana była wcześniej w Warszawie i Paryżu w ramach inicjatywy o nazwie Program 2003.
Problemy organizacyjne sprawiły, że zamiast trzeciego etapu ekspozycji Programu 2003, który miał się odbyć w Nowym Yorku, mamy pierwszy etap Programu Nieskończoność w Legionowie.
Pomysłodawcą i opiekunem artystycznym wystawy jest Eugeniusz Geno Małkowski, malarz, animator kultury, wykładowca uczelni artystycznych, osoba odnotowana w księdze Rekordów Guinessa.
Małkowski, wraz ze Stowarzyszeniem Odnowy Sztuki, poszukuje nieustannie możliwości pokazania szerokiej publiczności różnorodnych osiągnięć twórczych polskich malarzy, starając się stworzyć alternatywę dla hermetycznego i wrogiego wobec "obcych" warszawskiego salonu. Realizował swoje pomysły zarówno w Zachęcie, jak i w Stoczni Gdańskiej, gromadząc wokół siebie tych, których artystyczną wypowiedź uznał za interesującą. Nieustannie próbuje udowodnić, że Polska nie jest artystyczną prowincją, sięgając do nieodkrytych dotychczas zasobów polskiego współczesnego malarstwa, ale też do działań niekonwencjonalnych, jak chociażby bicie rekordu Guinessa. Twierdzi, że: "Najwyższy czas, aby ukazać ogromny potencjał twórczości powstającej w kraju. Należy zrobić Remanent, który pokaże w końcu, co się dzieje w polskiej kulturze i sztuce."
Jeszcze kilka słów o haśle artystycznym wystawy - powrót do płaszczyzny, oddajmy więc głos twórcom: "Hasło to oznacza nie tylko, że pokazujemy wyłącznie malarstwo, ale także to, że pragniemy wzmożenia poszukiwań związanych z odnową tej formy wyrazu. Sądzimy, że ostatnie dekady odzwyczaiły nieco publiczność wystaw sztuki współczesnej od patrzenia na prostokąt wypełniony kolorami. Pragniemy przypomnieć, że taka forma ekspresji twórczej nie oznacza negacji innych form, oznacza jednak przypomnienie, że pędzel jest bardzo dobrym narzędziem, co jest powiedziane nieco żartobliwie, tym niemniej zgodnie z prawdą."
Zapraszając zatem do odwiedzenia wiosennej ekspozycji Programu Nieskończoność zapraszamy do udziału w wydarzeniu, którego ranga artystyczna wykracza zdecydowanie poza naszą legionowską "lokalność". Mamy też nadzieję, że Legionowo właśnie stanie się dobrym miejscem na rozpoczęcie wielkiego remanentu polskiej twórczości plastycznej, co potwierdzą zapewne: letnia, jesienna oraz zimowa edycje ProGramu Nieskończoność.


Gombrowicz i Wojaczek Przeciw poetom
W czasie odmiennym od normy warto sięgnąć po szczególnych poetów. Czas odczuwanego wspólnie zagrożenia sprzyja temu, aby przypomnieć, że mamy w polskim języku poetę takiego, jak Rafał Wojaczek.
Wojaczek jest niezastąpionym kompanem wszelkich lęków, obaw, strasznych dziwności i dziwnych niesamowitości - ubranych w drapieżne metafory. Budzi w nas niepokój o nas samych - nie tylko w czasie zarazy - bo ani w nas, ani w siebie nie wierzy. Gdy przecież wierzył, nie popełniłby samobójstwa mając 26 lat. Wojaczek budzi w nas bunt przeciwko sobie samemu - odkrywając przed nami te obszary obserwacji życia, które wyłącznie ku śmierci prowadzą.
Wojaczek pisze po to, aby się przeciwko jego "poetyckim" wizjom buntować - podważa swą "poetycką" powagę nie w obliczu jakieś wyimaginowanej idei - lecz w obliczu życia samego, zawierającego w sobie nieuchronnie śmierć.
Dawno już chciałem zaprezentować Państwu Rafała Wojaczka - ale on sam wydawał mi się zbyt tragiczny, zbyt pesymistyczny, zbyt destrukcyjny. I oto przypomniałem sobie o takim ważnym tekście Witolda Gombrowicza zatytułowanym "Przeciw poetom". Z tym właśnie piętnującym wady poetów i poezji tekstem Gombrowicza zestawiam dziś Wojaczka - zadając też pytanie: czy Wojaczek przed anty-poetycką napaścią Gombrowicza się broni?

Poniżej wyjątki ze szkicu Gombrowicza,
jeszcze niżej wiersze Wojaczka śpiewane przez Dariusza Wasilewskiego,
dalej link do strony, na której wiersze Wojaczka można przeczytać,
a na samym końcu link do całego tekstu Witolda Gombrowicza.

Witold Gombrowicz
PRZECIW POETOM
Byłoby subtelniej z mej strony gdybym nie zakłócał jednego z nielicznych nabożeństw, jakie nam jeszcze pozostały. Aczkolwiek zwątpiliśmy prawie o wszystkim, uprawiamy jeszcze kult Poezji i Poetów i to bodaj jedyne Bóstwo, którego nie wstydzimy się wielbić z wielką pompą, z głębokimi pokłonami, głosem napuszonym... Ach, ach, Shelley! Ach, ach, Słowacki! Ach, słowo Poety, misja Poety i dusza Poety! A jednak trzeba mi rzucić się na te modły i popsuć, w miarę możności mojej, ten rytuał w imię... w imię po prostu elementarnej złości, jaką w nas budzi wszelki błąd stylu, wszelki fałsz, wszelka ucieczka od rzeczywistości.
(...)
Teza niniejszego szkicu: iż nikt prawie nie lubi wierszy i że świat poezji wierszowanej jest światem fikcyjnym oraz sfałszowanymwyda się, przypuszczam, równie śmiała, jak niepoważna. A jednak ja tu staję przed wami i oświadczam, że mnie wiersze wcale się nie podobają, a nawet mnie nudzą.
(...)
Następujące przeprowadzałem doświadczenia: kombinując poszczególne zdania, lub fragmenty zdań, z wierszy danego poety, budowałem wiersz absurdalny i odczytywałem go w gronie szczerych miłośników jako nowy utwór wieszcza - ku ogólnemu zachwytowi owych miłośników; albo zaczynałem wybadywać ich w sposób szczegółowy na okoliczność tego czy innego poematu, i stwierdziłem, że "miłośnicy" nawet nie przeczytali go w całości. Jakżeż więc? Tak się zachwycać, a nawet nie doczytać do końca? Rozkoszować się tak dalece "matematyczną precyzją" poetyckiego słowa, a nie dostrzec radykalnego pokiełbaszenia precyzji? Tak się mądrzyć, tyle deklamować na te tematy, delektować się jakimś subtelnościami, niuansami, a zarazem popełniać tak ciężkie, tak elementarne grzechy? Naturalnie, po każdym z tych doświadczeń wielkie powstawały protesty i obrazy, a miłośnicy zaklinali się na wszystkie świętości, że jednak to nie tak... że przecież... ale ten groch odbijał się od twardej skały Doświadczenia.
(...)
Zapamiętale doskonalimy sztukę ale niewiele się przejmujemy pytaniem, do jakiego stopnia zachowała ona jeszcze jakiś związek z nami. Pielęgnujemy Poezję, nie bacząc, iż to co piękne niekoniecznie musi być "twarzowe". Jeżeli więc chcemy, aby kultura nie straciła wszelkiego związku z jednostką ludzką, musimy od czasu do czasu przerwać naszą pracowitą twórczość i skontrolować, czy to co wytwarzamy, nas wyraża. Istnieją dwa sprzeczne rodzaje humanizmu: jeden, który moglibyśmy nazwać religijnym, usiłuje rzucić człowieka na kolana przed dziełem kultury ludzkiej, zmusza nas abyśmy wielbili i szanowali, na przykład, Muzykę, albo Poezję, albo Państwo, albo Bóstwo; ale drugi, bardziej krnąbrny prąd ducha naszego, stara się właśnie o przywrócenie człowiekowi jego suwerenności i niezależności w stosunku do tych Bogów i Muz, które, ostatecznie, są jego, człowieka, tworem. W tym ostatnim przypadku słowo "sztuka" pisze się z małej litery. I niewątpliwą jest rzeczą, że styl, który potrafi objąć obie te tendencje, jest pełniejszy, autentyczniejszy i ściślej odzwierciedla antynomiczność natury naszej, niż styl który ze ślepą krańcowością wyraża jeden tylko z tych dwóch biegunów naszego uczucia. Ale, ze wszystkich artystów, poeci są chyba tymi którzy najusilniej padają na kolana -najbardziej się modlą -są oni kapłanami par excellance i ex professo, a Poezja, w tym ujęciu, staje się po prostu celebracją.
(...)
Czyż poeci nie tworzą dla poetów? Czy nie szukają oni jedynie wyznawców tj. ludzi takich, jak oni sami? Czyż te wiersze nie są li-tylko wytworem pewnej, ciasnej, grupy? Czy nie są one hermetyczne? Oczywiście, nie zarzucam im tego że są "trudni" - nie domagam się aby pisali "w sposób dla wszystkich zrozumiały" ani aby zstąpili pod strzechy. Równałoby się to żądaniu, aby dobrowolnie zrezygnowali z najistotniejszych wartości, jak świadomość, rozum, większa wrażliwość i głębsza wiedza o życiu i świecie po to aby zniżyć się do przeciętnego poziomu - o, nie, nigdy nie zgodzi się na to żadna sztuka, która się szanuje!
(...)
Z chwilą, gdy poeci stracili z oczu konkretną istotę ludzką, a wzrok utkwili w abstrakcyjnej Poezji, już nic nie mogło powstrzymać ich na równi pochyłej, wiodącej w przepaść absurdu. Wszystko zaczęło im rosnąć samo przez się. Metamorfoza, pozbawiona wszelkiego wędzidła wzięła na kieł, rozszalała się do tego stopnia, że dziś już nic w wierszach nie ma, prócz metafor. Język stał się rytualny - te "róże", te "zmierzchy", "tęsknoty" lub "bóle", które ongiś miały jakąś świeżość, stały się wskutek nadużycia pustym dźwiękiem -a odnosi się to również i do bardziej nowoczesnych "semafor" lub innych "spirali". Zwężeniu języka towarzyszy zwężenie stylu, które doprowadziło do tego, że dziś wiersze to nie więcej niż kilkanaście uświęconych "przeżyć" podanych w natrętnych kombinacjach skąpego słownika. W miarę jak Zwężenie stawało się coraz Węższe, nieokiełznane niczym Piękno stawało się coraz Piękniejsze, Głębia coraz Głębsza, Szlachetność coraz Szlachetniejsza, Czystość coraz Czystsza.
(...)
Inny niemniej kompromitujący fakt, to ilość poetów. Do wzmiankowanych powyżej nadmiarów dochodzi jeszcze nadmiar wieszczów. Te ultra- demokratyczne cyfry rozsadzają od wewnątrz arystokratyczną i dumną twierdzę poetycką - i rzeczywiście dość zabawne jest, gdy się ich widzi wszystkich razem na jakimś kongresie: cóż za tłum istot wyjątkowych! Ale czyż sztuka święcąca się w próżni nie jest idealnym terenem dla tych właśnie, którzy są niczym, których pusta osobowość z zachwytem wyżywa się w tych formach uszczuplonych? A już prawdziwe są śmieszne te krytyki, te artykuliki, aforyzmy, eseje, które ukazują się w prasie na temat poezji. Oto przelewanie z pustego w próżne - ale zarazem jest to przelewanie bombastyczne i już tak naiwne, tak dziecinne, że wierzyć się nie chce aby ludzie parający się piórem nie wyczuwali całej śmieszności tej publicystyki.
(...)
Bądźcie spokojni jednak: nic nigdy nie zmieni się u poetów. I nie oddawajcie się złudzeniom, że w obliczu tych zbiorowych mocy, które fałszują nam nasze indywidualne odczuwanie, okażą oni jakąś wolę oporu -gwoli chociażby temu aby sztuka nie była fikcją i ceremoniałem, a tylko prawdziwym obcowaniem człowieka z człowiekiem. Nie, te mnichy wolą się korzyć? Mnichy? To nie znaczy abym był przeciwnikiem Pana Boga, lub jego rozlicznych zakonów. Ale nawet religia umiera z chwilą, gdy przeobraża się w obrządek. Zbyt łatwo zaiste poświęcamy na tych ołtarzach autentyczność i wagę naszego istnienia.
Kultura Nr 10(48), 1951

Rafał Wojaczek

Chodzę i pytam



Modlitwa bohaterów



Ballada bezbożna



Piosenka Bohaterów III



Czemu nie ma tancerki



Link do strony prezentującej twórczość Rafała Wojaczka:
www.wojaczek.art.pl

Link do tekstu Witolda Gombrowicza "Przeciw poetom":
Przeciw poetom


Podróż na Mazury i "Powrót" z Jarosławem Chojnackim
Legionowianie mają tę przewagę nad mieszkańcami innych miasteczek, że mogli poznać Jarosława Chojnackiego podczas jego licznych koncertów w naszym mieście. Chojnacki to przede wszystkim "pieśniarz dramatyczny" - jak sam o sobie mówi, ale też człowiek uwiedziony magią filmu.
Dziś proponujemy Państwu - skoro pogoda wycieczkowa i słoneczna - podróż z Jarosławem Chojnackim po Mazurach, które sfilmował i opowiedział w filmie promocyjnym, ukazującym uroki i atrakcje tego regionu. Wyszedł tu z roli barda i wcielił się w "czułego narratora", opowiadającego o regionie, w którym - z wyboru - mieszka.
Zapraszamy do obejrzenia filmu. Opowiada on o niezwykłej przyrodzie, historii, tradycji, kulturze i mieszkańcach gminy Rozogi. To zamiast wycieczki.



Ale żeby nie było, iż Chojnacki tylko czułym narratorem jest - jeszcze jeden utwór w jego interpretacji, miłośnikom piosenki poetyckiej dobrze znany.




W labiryncie wierszy Broniewskiego
Niektórzy twierdzą, że we Władysławie Broniewskim siedziało kilku poetów, a nie jeden. Być może to prawda. Ale prawdą na pewno jest, że jego osobista historia wrzucała go w sytuacje tak odmienne, tak krańcowo różne, że wystarczyło by ich na kilka życiorysów. Ciekawym losów Broniewskiego warto polecić wyśmienitą biografię napisaną przez Mariusza Urbanka zatytułowaną znamiennie: Miłość, wódka, polityka.
Tu przytoczymy trzy wiersze mistrza z Płocka.
"Lot" to tekst bardzo osobisty. W latach 50-tych ubiegłego wieku żona poety zachorowała na raka. Władze PRL umożliwiają swemu piewcy leczenie jej w Szwajcarii, zacieśniając tym jeszcze mocniej polityczną smycz wokół jego szyi. Leczenie nie pomaga. I oto Broniewski wraca z Zurychu z urną prochów swej żony. Wraca i potem pisze jeden z najlepszych tekstów polskiej liryki osobistej ubiegłego wieku:

LOT

Wylecieliśmy z Zurychu w dzień pogodny,
zawirowały drzewa, jeziora, dal,
Alpy, już ośnieżone, i profil ich chłodny,
a potem tylko mgła i we mgle - skrzydeł stal.

Tak samo było przed rokiem,
wtedy też nie było wiele bagażu,
ale już wtedy jasny dzień rozpościerał się mrokiem
nad jej i nad moją twarzą.

Tym razem leciałem z Majką. Bagażu jeszcze mniej.
Znikły Alpy i Niemcy. Praga...
"Jeśli grom - niech trafia mnie!..."
Przyszli celnicy. Waga.

Uważajcie, urzędy celne,
mam coś cięższego niż ołów:
szczątki śmiertelne,
garstkę popiołów.

Walczył Broniewski w Legionach Piłsudskiego i w wojnie 1920 roku. Podczas międzywojnia "komunizował", siedział w sanacyjnym areszcie, podczas II wojny, mimo że komunista - poznał, jako polski inteligent, sowieckie więzienia. Nie pierwszy i nie ostatni raz krzywo uśmiechnęła się do niego Historia. Sadzę, że jego patriotyczne ambicje nie były wygórowane - chciał mieszkać w Polsce, jaka by ona nie była, byle dało się w jej granicach przepłynąć Wisłę od źródeł do ujścia, a po drodze rozejrzeć się za atrakcyjnymi pannami w stolicy - Warszawie i w rodzinnym, prowincjonalnym Płocku.
Wiersz "Homo Sapiens", dziś z upodobaniem cytowany przez konserwatywną prawicę (kolejna ironia losu) ocenzurowany został w 1943 roku przez Anglików - świeżo upieczonych sojuszników Stalina, któremu wypomina tu Broniewski katyńską zbrodnię.

HOMO SAPIENS

Wśród mrocznych miast, po mrocznych stronach,
jak stada wypędzanych szczurów,
gromady ludzi przerażonych
pełzają u strzaskanych murów;
bezdomni, ślepi i wylękli,
ruszają chyłkiem, znów przyklękli,
złowrogo patrzą w niebo, szepcą,
że głód, że śmierć, że - wszystko jedno,
i przeklinając ziemię biedną,
ruszają znów, po trupach depczą,
znikają mroczni i samotni...

Ja lecę ku nim, mściwy lotnik,
i świecąc reflektorem serca,
bombami słów złowieszczo zbrojny,
ciskam je w zaciemnienie wojny,
jak jeden z Czterech, co uśmierca.

A pierwszą bombę ciskam w Berlin!
Za zbrodnie wojny, za pancerny
raid przez Ojczyzny mojej piersi,
za drapieżniki pod Warszawą,
za rozwalony dom, za krwawą
kałużę świata, co mnie mierzi,
za pychę, podłość, mordy, gwałty
za pohańbienie słowa: człowiek -
lecą me bomby w ich blackouty -
niechaj im sen spędzają z powiek.

A druga bomba - w grób Smoleński!
Niechaj rycerze zmartwychwstaną
i świecąc każdy piersi raną,
świadectwo dadzą krwi męczeńskiej,
tej krwi niewinnej, z ręki kata
przelanej w obcą ziemię czerstwą,
ze zgrozą, lecz milczeniem świata
za wolność, równość i braterstwo.

A trzecia bomba - w tych, co wierzą,
że dość jest rozdać broń żołnierzom
i poszczuć ludy, poszczuć armie -
wtedy się więcej złota zgarnie,
by knuć nazajutrz nowe wojny,
by kuć już dzisiaj nowe pęta.
Biję w nich gniewny i spokojny.
Nie trzeba złota. Krew jest święta.

Zachowam jeszcze bombę jedną
na czas, gdy blaski wojny zbledną
gdy bliski będzie już dzień kary
za Wielki Zaciemnienie sumień,
gdy możni szukać będą miary
wolności ludów...
Gdy w ich tłumie
nie będzie Polski - wtenczas, pieśni,
aż w serce ziemi bij! Twe bomby
niech jak Jerycha wrzasną trąby,
niech biją w ludzkość najboleśniej,
niech do otchłani sumień dotrą,
by na skrwawionej globu mapie
stanął do walki przeciw łotrom
dobry, spokojny - Homo Sapiens.

I wreszcie, poniżej, Broniewski siebie samego recytuje. Temat wiersza oczywiście "lewicowy", ale interpretacja lewicowego przesłania godna sprawnych ironistów. Warto posłuchać.



Czy udało mi się w tych kilku słowach i cytatach odczarować nieco "gębę" Broniewskiego przyprawioną mu przez komunistyczną propagandę?


Przygoda MOK-u z Deklaracją Praw Człowieka i Obywatela

Niespełna sześć lat temu, na okoliczność wystawy Barbary Retmaniak "Deklaracja", pisaliśmy:
"26 sierpnia minęło 225 lat od uchwalenia przez parlament rewolucyjnej Francji Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela. Czy warto dziś odnosić się to tego tekstu - dla jednych archaicznego, dla innych wciąż kontrowersyjnego? Uznaliśmy, że warto - ale nie w konwencji politycznego dyskursu czy socjologicznej analizy, lecz poprzez cykl - mozaikę - obrazów, stanowiących komentarz do mozaiki 17 artykułów Deklaracji."
z katalogu wystawy 13 IX 2014

Dzisiaj los uśmiecha się pobłażliwie nad tą naszą uzurpacją, w której postanowiliśmy "estetyzować" na temat tekstu opisującego prostą, banalną politykę, wyznaczającego nudne standardy dla społecznego życia.
Jednym z efektów pandemii będzie na pewno zmiana sposobu uprawiania polityki. Wróćmy zatem jeszcze raz do tekstu Deklaracji z prostym pytaniem: Czy jest on dziś dla nas ważny i równie ważny będzie jutro? Nową politykę, o której mówi dziś wielu, na czymś przecież trzeba będzie oprzeć; czy Deklaracja jest dobrą dla niej podstawą?
Przeczytajmy i sprawdźmy.

Przedstawiciele ludu francuskiego, zebrani w Zgromadzeniu Narodowym, uznawszy, iż nieznajomość, zapoznanie lub pogarda dla praw człowieka to jedyne przyczyny publicznych nieszczęść i zepsucia rządów, postanowili ogłosić w uroczystej deklaracji naturalne, niezbywalne i święte prawa człowieka, aby owa deklaracja, stale przedstawiania wszystkim członkom społeczeństwa, przypominała im bez przerwy o ich prawach i ich obowiązkach; aby akty władzy ustawodawczej oraz władzy wykonawczej, mogąc być w każdej chwili porównanymi z celem wszelkich instytucji politycznych, były tym bardziej respektowane; aby żądania obywateli, oparte od tej pory na prostych i niezaprzeczalnych podstawach, służyły zawsze podtrzymaniu Konstytucji i szczęściu ogółu.
W związku z tym Zgromadzenie Narodowe uznaje i ogłasza, w obecności i pod auspicjami Istoty Najwyższej, następujące prawa człowieka i obywatela:

Art. I. Ludzie rodzą się i pozostają wolnymi i równymi w prawach. Podstawą różnic społecznych może być tylko wzgląd na pożytek ogółu.
Art. II. Celem wszelkiego zrzeszenia politycznego jest utrzymanie przyrodzonych i niezbywalnych praw człowieka. Prawa te to: wolność, własność, bezpieczeństwo i opór przeciw uciskowi.
Art. III. Źródło wszelkiej władzy zasadniczo tkwi w narodzie. Żadne ciało, żadna jednostka nie może sprawować władzy, która by wyraźnie od narodu nie pochodziła.
Art. IV. Wolność polega na tym, że wolno każdemu czynić wszystko, co tylko nie jest ze szkodą drugiego, korzystanie zatem z przyrodzonych praw każdego człowieka nie napotyka innych granic, jak te, które zapewniają korzystanie z tych samych praw innych członków społeczeństwa. Granice te mogą być zakreślone tylko drogą ustawy.
Art. V. Ustawa ma prawo zakazywać tylko tego, co jest szkodliwe dla społeczeństwa. To, czego ustawa nie zakazuje, nie może być wzbronione i nikt nie może być zmuszonym do czynienia tego, czego ustawa nie nakazuje.
Art. VI. Ustawa jest wyrazem woli ogółu. Wszyscy obywatele mają prawo współdziałać osobiście lub przez swych przedstawicieli w tworzeniu ustaw. Prawo musi być jednakie dla wszystkich zarówno gdy chroni, jak też gdy karze. Wszyscy obywatele są równi w jego obliczu, wszyscy w równej mierze mają dostęp do wszystkich dostojeństw, stanowisk i urzędów publicznych, wedle swego uzdolnienia i bez żadnych innych preferencji, prócz ich osobistych zasług i zdolności.
Art. VII. Nikt nie może być oskarżonym, aresztowanym ani więzionym, poza wypadkami określonymi ściśle przez ustawę i z zachowaniem form przez nią przepisanych. Ktokolwiek będzie zabiegał o wydanie zarządzeń samowolnych, sam je wydawał, wykonywał lub ich wykonanie nakazywał, winien być karany; każdy jednak obywatel, wezwany czy ujęty w imię prawa obowiązany jest do natychmiastowego posłuszeństwa i staje się winnym w razie oporu.
Art. VIII. Ustawa winna przepisywać jedynie kary ściśle i oczywiście konieczne, nikt też nie może być karany inaczej, jak na mocy ustawy uchwalonej i publicznie w sposób ustawą przepisany przed popełnieniem przestępstwa ogłoszonej.
Art. IX. Ponieważ każdy aż do orzeczenia jego winy uważanym być musi za niewinnego, przeto, o ile zachodzi konieczność uwięzienia go, wszelkie środki, nie będące nieodzownymi do zabezpieczenia jego osoby, muszą być surowo ustawą wzbronione.
Art. X. Nikt nie powinien być niepokojony z powodu swych przekonań, nawet religijnych, byleby tylko ich objawianie nie zakłócało ustawą zakreślonego porządku publicznego.
Art. XI. Wolna wymiana myśli i poglądów jest jednym z najcenniejszych praw człowieka; każdemu obywatelowi zatem wolno przemawiać, pisać i drukować swobodnie z zastrzeżeniem, że za nadużycie tej wolności odpowiadać będzie w wypadkach, przewidzianych przez ustawę.
Art. XII. Zabezpieczenie praw człowieka i obywatela stwarza potrzebę władzy publicznej, władza ta zatem jest ustanowioną ku pożytkowi ogółu, nie zaś dla korzyści osobistej tych, którym została powierzona.
Art. XIII. Celem utrzymania władzy publicznej i ponoszenia wydatków na administrację niezbędnym jest podatek powszechny; musi być on równo rozdzielony między wszystkich obywateli w miarę ich środków.
Art. XIV. Wszyscy obywatele mają prawo bezpośrednio lub przez swych przedstawicieli stwierdzać zachodzącą potrzebę podatku powszechnego, swobodnie zezwalać nań, jako też określać jego wysokość, wymiar, sposób ściągania oraz czas trwania.
Art. XV. Społeczeństwo ma prawo żądać od każdego urzędnika publicznego zdawania sprawy z jego czynności urzędowych.
Art. XVI. Społeczeństwo, w którym rękojmie praw człowieka nie są zabezpieczone ani podział władzy nie jest ustalony, nie ma Konstytucji.
Art. XVII. Ponieważ własność jest prawem nietykalnym i świętym, przeto nikt jej pozbawionym być nie może, wyjąwszy wypadki, gdy potrzeba ogółu, zgodnie z ustawą stwierdzona, niewątpliwie tego wymaga, a i to tylko pod warunkiem sprawiedliwego i uprzedniego odszkodowania.

A ku pokrzepieniu serc krótka relacja z wernisażu sprzed sześciu lat.




Rozważania o micie wzrostu gospodarczego

W ustach polityków burżuazyjno-demokratycznej części świata gospodarka od II wojny światowej nieustannie rośnie. Rośnie też w ustach burżuazyjno-niedemokratycznych reżimów, takich jak Chiny czy Rosja.
Do piewców wzrostu należą również naczelni polscy ekonomiści "transformacji", tacy jak Balcerowicz i Kołodko.
Na ile wzrost ekonomiczny jest gospodarczym, czyli dotykalnym dla nas faktem, a na ile kolejnym prostackim mitem wymyślonym na użytek mas, nieświadomych zasad współczesnej ekonomii i jej istotnych celów?
Autorzy filmu "Koniec ery wzrostu gospodarczego" pokazują nam realne alternatywy dla działań opartych na mitycznym "wzroście". Być może w naturze człowieka leży to, iż nigdy nie powie "dość" - "dość dóbr, dość usług, dość podróży; tyle, co mam - wystarczy". Tak przynajmniej wmawia nam wszechobecna reklama.
Ale jest druga strona medalu - naturalne granice wzrostu, z których najbardziej okrzyczana prezentowana jest przez ekologów jako "pojemność planety", zatruwanej i eksploatowanej ponad miarę jej wytrzymałości. Nie zapominajmy jednak, że "pojemność" człowieka, pojedynczej osoby, jak i całych wspólnot - też ma granice wytrzymałości. Film opowiada o tych, którzy w opozycji do ideologii wzrostu usiłują budować alternatywny, dostępny już dziś, obieg gospodarczy, nie poddany dyktaturze wielkich korporacji i kłamstwom reklamy, za to obarczony wytwarzaniem nie tylko dóbr, lecz i sensu.
Nie ze wszystkim, co w tym filmie powiedziane - zgadzam się. Ale proponuję Państwu jego uważne obejrzenie z przekonaniem, że zaczyna on ciekawą dyskusję o świecie, jaki może być - jeśli zrezygnujemy z kilku dla władzy zbawiennych, a dla nas bolesnych mitów. Film nie jest krótki - ale dostatecznie ważny, aby poświęcić mu półtorej godziny przymusowego odosobnienia.




Mandelsztam i Barańczak - wielkopiątkowe spotkanie

Są wiersze nieprzypisane do codzienności, nie osadzone w świecie i w kalendarzu, wskazujące jednak boleśnie na "ten" świat, na "tę" codzienność, na "ten" kalendarz.
Oto Osip Mandelsztam, poeta rosyjski o europejskich horyzontach i światowym potencjale artystycznym, mierzy się z cierpiącym Bogiem. Nikt bardziej niż on nie pokazał nam, ile w tym boskim cierpieniu cierpienia ludzkiego, wobec którego każde ludzkie "ja" może ogłosić tylko bezsilną rozpacz, niemą rezygnację, cień nadziei bez światła nadziei.
Oto Stanisław Barańczak, nazywany tłumaczem tego wiersza, jest autorem wiersza nowego, bo to, co po rosyjsku Mandelsztam zapisał, jest w gruncie rzeczy na polski nieprzetłumaczalne.
Mamy więc dwa wiersze o tym samym. Czy kogoś zdołają poruszyć? Kiedy należaloby je odczytać - dla siebie i w sobie?
Może właśnie w Wielki Piątek?



Stanisław Barańczak

Twoje wąskie ramiona spłyną krwią pod biczami,
Spłyną krwią pod biczami, ugną się pod jukami.

Twoje dłonie dziecinne będą płonąć od mrozu,
Będą płonąć od mrozu, od wiązania powrozów.

Twoje stopy wrażliwe będą szkło deptać boso,
Będą szkło deptać boso, zwilżać piach krwawą rosą.

Mogę dla ciebie tylko czarną świeczką zapłonąć,
Czarną świeczką zapłonąć, nawet modlitw się bojąc.



Osip Mandelsztam



I jeszcze Sklep z Ptasimi Piórami śpiewa to, co napisane u Barańczaka.




Kaczmarski i Herbert rozważają śmierć

To żadna sztuka i żadne odkrycie - rozważać w Wielką Sobotę - śmierć.
Jeśli zatem nie jest ani oryginalnie, ani odkrywczo - niech chociaż będzie pięknie.
Gwarantują nam to Jacek Kaczmarski i Zbigniew Herbert - za pośrednictwem Mirosława Czyżykiewicza i Przemysława Gintrowskiego.





Tunel
Jacek Kaczmarski

Pytają mnie - co czułem, kiedy prawie, prawie
już bym się na niebieskiej przeciągał murawie

lub, biorąc pod uwagę wariant mniej wesoły -
zażywałbym kąpieli w kotle pełnym smoły;

więc - na początku jeszcze istniała szczelina,
przez którą stół widziałem, chleb i szklankę wina,

słyszałem, że papuga skrzeczy, że pies skomli,
choć nie miałem pojęcia - do mnie to, czy - po mnie?

To odchodzenie - leżąc i pomimo chcenia
ze strefy światła w strefę bezbarwnego cienia,

choć całkiem bezbolesne, nie było przyjemne,
bo się działo - nie ze mną, a jedynie - we mnie,

jakbym w siebie zaglądał i dostawał mdłości
od widoku przepastnej, pustej wysokości.

Pomyślałem: to pewnie ten tunel świetlisty,
Którym dojdę - gdzie dojdę - na byt wiekuisty,

niemałą czując ulgę, że to wreszcie koniec,
gdzie zapewne się dowiem - co po tamtej stronie?

Tyle że świetlistości tam nie było wcale;
już raczej brudny opar, jak w miejskim kanale,

już raczej nie budząca zaufania cisza,
fałszywa, jaką każdy oszukany słyszał,

wiedząc, że wyrok zapadł, ale w stryczka cieniu
nieświadomy do końca, że jest w zawieszeniu!

Nie mogąc tedy stwierdzić, czym w piekle, czym w niebie -
Dosłownie i w przenośni - doszedłem do siebie.

Pojąłem - w psa skomleniu i papugi wrzasku -
Że tylko tutaj szukać mi mroków i blasków,

że tutaj, z perspektywy szklanki wina, chleba
można bać się otchłani i tęsknić do nieba,

tutaj wszystko, co piękne, wszystko, co straszliwe,
bo żyje - przeżywane przez wszystko, co - żywe.

U wrót doliny
Zbigniew Herbert

Po deszczu gwiazd
na łące popiołów
zebrali się wszyscy pod strażą aniołów

z ocalałego wzgórza
można objąć wzrokiem
całe beczące stado dwunogów

naprawdę jest ich niewielu
doliczając nawet tych którzy przyjdą
z kronik bajek i żywotów świętych

ale dość tych rozważań
przenieśmy się wzrokiem
do gardła doliny
z którego dobywa się krzyk

po świście eksplozji
po świście ciszy
ten głos bije jak źródło żywej wody

jest to jak nam wyjaśniają
krzyk matek od których odłączają dzieci
gdyż jak się okazuje
będziemy zbawieni pojedynczo

aniołowie stróże są bezwzględni
i trzeba przyznać mają ciężką robotę

ona prosi
- schowaj mnie w oku
w dłoni w ramionach
zawsze byliśmy razem
nie możesz mnie teraz opuścić
kiedy umarłam i potrzebuję czułości

starszy anioł
z uśmiechem tłumaczy nieporozumienie

staruszka niesie
zwłoki kanarka
(wszystkie zwierzęta umarły trochę wcześniej)
był taki miły - mówi z płaczem
wszystko rozumiał
kiedy powiedziałam -
głos jej ginie wśród ogólnego wrzasku



nawet drwal
którego trudno posądzać o takie rzeczy
stare zgarbione chłopisko
przyciska siekierę do piersi
- całe życie była moja
teraz też będzie moja
żywiła mnie tam
wyżywi tu
nikt nie ma prawa
- powiada -
nie oddam

ci którzy jak się zdaje
bez bólu poddali się rozkazom
idą spuściwszy głowy na znak pojednania
ale w zaciśniętych pięściach chowają
strzępy listów wstążki włosy ucięte
i fotografie
które jak sądzą naiwnie
nie zostaną im odebrane

tak to oni wyglądają
na moment
przed ostatecznym podziałem
na zgrzytających zębami
i śpiewających psalmy


Epidemia elity - epidemia ludu

W książce "Doktyna szoku" Naomi Klein - kanadyjska dziennikarka i aktywistka społeczna (jedna z nielicznych wierząca w przesłanie "wolność, równość i braterstwo") - opisuje, w jaki sposób elity finansowe (więc ekonomiczne) wykorzystują naturalne kryzysy i klęski żywiołowe, aby umocnić swoje - uprawnione tylko "legalnym" dostępem do zasobów - panowanie nad światem.
Przed wybuchem pandemii zastanawiałem się, w jaki sposób światowa burżuazja wykorzysta w celu zniewolenia pracującej większości widmo "globalnego ocieplenia". Szło jej to niesporo, więc pandemia koronawirusa spadła tym niechcianym i niemal niewidocznym włodarzom świata - jak manna z nieba. Oto pojawił się kryzys realny, namacalny liczbą trumien, policzalny w grobach.
Znów zwykli ludzie - pracownicy - słyszą o koniecznych poświęceniach i wyrzeczeniach. Znów "obiektywne warunki" dyktują im konieczność posłuszeństwa w obliczu ubóstwa, odmawiania sobie wszystkiego niemal - bo widmo kryzysu dotyka swą mądrą ręką nie elit przecież - lecz plebsu.
Zakorzenienie w europejskiej kulturze nakazuje mi dziś powiedzieć jedno: czas rozdzielić "ekonomię" (zawsze polityczną) od "gospodarki" (zawsze społecznej). Czy to polityczna nadbudowa "demokracji burżuazyjnej" wytwarza dobra, czy my sami? Czy możemy wymieniać się nimi w sposób dowolny, czy tylko usankcjonowany przez niewidzialną rękę burżuja - beneficjenta "ekonomii", nazywaną Państwem?
Wielkim naszym, polskim, złudzeniem jest - że nie ma tu alternatyw. Trzy lata temu Szwajcaria urządziła referendum dotyczące Gwarantowanego Dochodu Obywatelskiego. Pytacie, co to jest? Zapytajcie swych krajowych dziennikarzy, którzy o tym zjawisku jak najęci milczą; bo są "najęci" - jeden w drugiego przez finansowe elity.
W Szwajcarii państwo - które przestaje żyć na usługach oligarchii, pyta: czy nie lepiej byłoby każdemu obywatelowi zagwarantować wypłacaną bezwarunkowo "obywatelską pensję" w kwocie pozwalającej na zaspokojenie podstawowych potrzeb? Wtedy skomplikowane systemy świadczeń społecznych, uznaniowych i niesprawdzalnych w efektach, znikną. Każdy dostanie od swej wspólnoty możliwość przeżycia, bez względu na to, jaki kryzys dopadnie kapitalistyczną ekonomię.
Optymistyczne założenie, że "wystarczy dla wszystkich" - w Europie ma rację bytu. Bo wystarczy. Jeśli oczywiście państwo będzie regulowało gospodarcze przepływy towarów i usług, a nie finansowe przepływy spekulacji.
Proponuję Państwu lekturę dwóch niezbyt długich tekstów o tych karygodnych i demoralizujących pomysłach, o których u nas jakoś ciągle cicho - choć powoli zdobywają Europę i fragmenty Ameryki.
Na pocieszenie - w praktyce wybiegliśmy tu trochę przed szereg przemilczeń - programem 500+ adresowanym do dzieci. One już mają w Polsce swój "obywatelski dochód bezwarunkowy". Ani władza, ani opozycja nie prezentują go jednak w tym kontekście - bo obie służą nie obywatelom, tylko "oświeconym" oligarchiom. Warto zatem poczytać coś - co w oficjalnym obiegu informacji polskiej nie istnieje - a jednak jest.

"Powszechny dochód podstawowy - argumenty za i przeciw"; G. Gołębiowski - Uniwersyet Ekomomiczny w Katowicach

"Dochód podstawowy" - Ł. Żoładek - Biuro Analiz Sejmowych


Sto lat wstecz - z J. P. Sartrem

Pandemiczni futuryści ogłosili ostatnio, że skutki zachowań w obliczu koronawirusa "mogą nas cofnąć nawet o sto lat wstecz", czyli spowodować szkody w tzw. rozwoju, które będą dużo dotkliwsze niż kryzys finansowy sprzed 12 lat czy wielki kryzys ekonomiczny z lat 30-tych XX wieku. Tezę "cofnięcia się o sto lat wstecz" podchwycili ochoczo niektórzy dziennikarze, nie pogłębiając oczywiście futurologicznej wizji, lecz ku uciesze publiczności atrakcyjnie ją spłaszczając.
Futurologom głoszącym "cofnięcie rozwoju" o wiek chodziło - jak sądzę - nie o apokaliptyczną wizję wytarcia z naszej pamięci minionego stulecia, lecz o to, że wrócą do nas dziś te same problemy gospodarcze i społeczne, polityczne i kulturowe, z którymi - jak wierzyliśmy - uporaliśmy się w ciągu tego, bogatego w różne wydarzenia, czasu.
A gdybyśmy tak - w wyobraźni tylko, o ile ją jeszcze mamy na własny użytek - cofnęli się w dziedzinie gospodarki i polityki, a nawet kultury - o te mityczne sto lat, o wiek XX? Gdybyśmy z punktu czasowego 1920 chcieli wystartować ponownie?
Oczywiście - wiemy od Marksa - że historia wydarza się jako dramat, a powraca jako farsa. Ale to wydarzanie się ponowne historii farsą akurat być nie musi - bo nawet zepchnięci w konsumenckie i producenckie niedogodności roku 1920 - mamy świadomość roku 2020 - jesteśmy więc fizycznie dzieckiem - ale mentalnie starcem. Znamy nasze błędy i zaniechania. Znamy nasze grzechy i nasze wzloty. Wiemy o ludobójstwach i heroicznych protestach przeciwko nim. Wiemy o nieskutecznych eksperymentach i karygodnych zaniechaniach eksperymentów, kiedy brakowało wiedzy o ich efektach.
Jakże byłoby pięknie cofnąć się w konsumpcji i w produkcji o sto lat wstecz, by jeszcze raz przejść drogę już raz przebytą - ale inaczej - ze świadomością ślepych zaułków i błędów, z tą całą wiedzą, która mimo zaniku "ekonomicznych instrumentów" - zostałaby przecież; bo w obliczu skutków pandemii pozostają nam przede wszystkim nie złudne efekty "społecznościowych mediów", nie pozornie doskonałe elektroniczne "narzędzia komunikacji" - ale wiedza właśnie - o tym, czym byliśmy sto lat temu i o tym - czym moglibyśmy być dzisiaj, gdybyśmy inaczej pokierowali historią odchodzącego w niebyt stulecia.
To ważny temat i na pewno warto się z nim zmierzyć.
Nie zmierzymy się jednak z nim dziś w pełni - po trzeba go jeszcze odpowiedzialnie domysleć i opracować, zanim stanie się osnowa publicznego dyskursu. Dlatego dziś proponujemy Państwu drobny przyczynek do przeszłych przemyśleń - tekst Jean-Paul Sartre`a stanowiący posłowie rewolucyjnej w "swoim czasie" książki Frantza Fanona "Wyklęty lud ziemi". Tekst ten przesuwa nieco napięcie naszego myślenia z koronawirtusa na niedawnych masowych do Europy imigrantów - ale wart jest rozważenia, powstał bowiem w połowie "niebyłego czasu" - czyli mijającego stulecia.
Niżej drobny wyjątek z tekstu Sartre`a, jeszcze niżej link do całości sartrowego posłowia, a pod nim do całej książki Fanona. Nie przejmujcie się tym, że książka Fanona została w internecie udostępniona przez "Maoistowski Projekt Dokumentacyjny". Wszak Chiny są dziś na topie światowej prasy!



Dobrze wiecie, że jesteśmy wyzyskiwaczami. Dobrze wiecie, że zabieraliśmy złoto i inne metale, a potem ropę naftową z "nowych lądów" i przywoziliśmy je do starych metropolii. Efekty były olśniewające: pałace, katedry, uprzemysłowione miasta, a kiedy zagrażał kryzys, rynki kolonialne usłużnie go osłabiały lub zażegnywały. Europa, spasiona i bogata, przyznała de iure człowieczeństwo wszystkim swym mieszkańcom: słowo ?człowiek? znaczy u nas ?wspólnik?, bo wszyscy odnosiliśmy korzyści z kolonialnego wyzysku. Ten tłusty, bladawy kontynent popadł wreszcie w to, co Fanon słusznie nazywa ?narcyzmem?. Paryż, "miasto, które przez cały czas mówi tylko o sobie", irytował Jeana Cocteau. A czyż Europa robi co innego? A ten supereuropejski potwór, Ameryka Północna? Ile słów: wolność, równość, braterstwo, miłość, honor, ojczyzna, bo ja wiem, co jeszcze? To wszystko nie przeszkadza nam bynajmniej w wygłaszaniu rasistowskich słów: śmierdzący czarnuch, parszywy Żyd, brudny arabski szczur. Czyste, liberalne i wrażliwe umysły - ogólnie mówiąc - neokolonialiści udają, że są zaszokowani tym brakiem konsekwencji; wietrzą błąd albo złą wiarę; nieprawda, nic bardziej konsekwentnego niż rasistowski humanizm, skoro Europejczyk mógł stać się człowiekiem jedynie produkując niewolników i potwory. Tak długo jak istnieli "tubylcy", szalbierstwo to było bezpieczne; rodzaj ludzki wysoko niósł sztandar abstrakcyjnego uniwersalizmu, osłaniający rzeczywiste praktyki: za morzem istniała rasa podludzi, która dzięki nam za tysiąc lat być może osiągnie nasz poziom. Jednym słowem, mylono gatunek z elitą.

Posłowie Sartre`a do "Wyklętego ludu ziemi"

Frantz Fanon "Wyklęty lud ziemi"


Gombrowicz i zmartwychwstanie żuka

"Dziennik" Witolda Gombrowicza - dzieło potężne, bo trzytomowe - nie jest tu najważniejsze, bo chcemy zaprezentować Państwu tylko bardzo krótki jego fragmencik. Wiele takich smakowitych fragmentów jest w owym dzienniku, którego dwa pierwsze tomy (obejmujące lata 1953 - 1961) są apoteozą świadomej autokreacji autora-bohatera, a tom trzeci (1961 - 1963) opowiada o umieraniu mistrza i jest bezwzględnie najciekawszy.
Ale - jak się rzekło - nie o dzienniku autora "Pornografii" ten drobiazg. O czym zatem? O moralności, czyli zastosowanej w praktyce etyce. Otóż Gombrowicz na jednej z argentyńskich plaż spotyka żuka. Żuk co prawda nie człowiek - ale też forma życia - więc i jego życie może być zagrożone, szczególnie gdy niefortunnie odwróci się na plecy i nie potrafi - bez pomocy lub nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności - swobodnie odfrunąć, aby żyć dalej. Gombrowicz widzi jednego nieszczęsnego leżącego na wznak żuka i postanawia mu pomóc, odwracając go z pleców na brzuch. Zaraz potem widzi następnego; znów pomaga mu przeżyć.
Czym skończy się ta przygoda rozdawcy zmartwychwstań w żuczej postaci? Warto posłuchać czteronimutowego fragmentu gombrowiczowego dziennika, aby się dowiedzieć. To poniżej.



Żeby nie było zbyt nostalgicznie i za smutno po gombrowiczowskiej rezygnacji z moralności w obliczu liczby - jeszcze jeden cytat z klasyka "niepokornego" przywołujący tym razem byt od żuka znacznie mniejszy, nazywany w biologii pantofelkiem. Czy rozumowanie Bursy wspina się, czy zniża z kolejnymi wersami jego utworu?

Pantofelek
Bursa Andrzej

Dzieci są milsze od dorosłych
zwierzęta są milsze od dzieci
mówisz że rozumując w ten sposób
muszę dojść do twierdzenia
że najmilszy jest mi pierwotniak pantofelek

no to co

milszy mi jest pantofelek
od ciebie ty skurwysynie.


Kaczmarski na trudne czasy

Jacek Kaczmarski sprawdza się ze swym niejednoznacznym, skłaniającym do refleksji i akcji przesłaniem we wszystkich czasach. Słuchaliśmy go "za komuny" i za chybotliwej "wolności" lat 90-tych ubiegłego wieku. Wart jest posłuchania i dziś, choć niektórzy znają jego teksty na pamięć. Tych jednak jest mniejszość - a szkoda.
Proponujemy Państwu długą, bo półtoragodzinną przygodę z Kaczmarskim oraz jego zacnymi współpracownikami: Gintrowskim i Łapińskim. Pierwsza odsłona tej przygody miała miejsce w Warszawskiej Filharmonii w 1992 roku. Po latach tułaczki w emigracyjnych salach i w polskich podziemnych salkach wypłynął wreszcie Kaczmarski na wodę, która od dawna mu się należała. Wraz ze współautorami wydarzenia dał koncert wielki pod wszelkimi względami - i muzycznie, i w warstwie tekstu. Podsumował nasze myślenie o Europie - wyzwalając się z niej i ją właśnie współkreując komentarzami do wspólnej historii.
Zapis tego koncertu jeszcze niedawno dostępny był na youtube.pl, ale zniknął - jest dostępny tylko we fragmentach, w pojedynczych piosenkach, które co prawda są cenne - ale nie oddają nastroju i charakteru koncertu. Udostępniamy kilka z nich poniżej.
Postanowiliśmy zapis całego wydarzenia udostępnić jeszcze raz - na naszym profilu FB. Tam można posłuchać koncertu na miarę czasu - i na naszą miarę. Trzeba spróbować.
W jednym z ostatnich swoich wywiadów Gintrowski przyznaje, że oglądając rejestrację tego właśnie koncertu był urzeczony jego mocą - i słusznie. Nie tylko on. Warto spędzić półtorej godziny z Kaczmarskim i spółką - w kwarantannie i bez niej.














Ludwig van Beethoven - nasz współczesny

Jan Sebastian Bach - muzyk, kompozytor matematycznie precyzyjny, uduchowiony, wręcz metafizyczny, tworzący automatycznie, geniusz epoki, geniusz sztuki; Haydn, Mozart - twórcy dworscy jakby rozrywkowi, w najszlachetniejszym tego słowa sensie, komponujący w liberiach na służbie swoich błękitnokrwistych protektorów.
Ludwig van Beethoven porzucił liberię muzyka dworskiego (również dosłownie - ciskając ją o podłogę w sporze ze swoim mecenasem). Jego symfonie są odbiciem i pokłosiem rewolucyjnych zrywów dwóch stuleci i wizji upadku dawnego porządku. Były lustrem epoki, efektem nowego ładu społecznego. Często okazywały się jednak krzywym zwierciadłem. I tak III Symfonia Es-dur "Eroica" pisana z dedykacją dla Napoleona, w świadomości mistrza, republikanina, szybko straciła pierwotne przesłanie, gdy okazało się, że Korsykanin prze ku władzy absolutnej.
Rozczarowania Beethovena dotyczyły również sfery intymnej, miłosnej. Całe życie był permanentnie zakochany, jako czterdziestolatek snuł nawet plany ożenku z o 22 lata młodszą córką swojego lekarza, Teresą Maltfatti. Porzucił rozważania polityczne i pierwszy raz w życiu zaczął dbać o swój wygląd; pożycza lustro (którego nigdy nie miał), kupuje koszule z bengalskiej bawełny, tuzin chusteczek na szyję. Wybranka i kolejne miłości okazywały się wielkim niewypałem. Kompozytor dodatkowo traci słuch, cierpliwość i chęć do kontaktów z innymi. Ogarnia go samotność, fala rozterek i rozczarowań światem i ludźmi.
Jego pesymizm potęgowała sytuacja polityczna, kiedy okazało się, że Kongres Wiedeński nie przyniósł wolności narodom, którym on sprzyjał. Fala goryczy osiągnęła w nim apogeum w momencie, gdy prasa trąbiła o jego "skończeniu się". Wtedy, chyba na złość, na przekór wszystkiemu, ale w zgodzie z wiernością swoim ideałom, komponuje IX Symfonię. Strzęp człowieka schorowanego, zawiedzionego życiem, będącego na skraju ubóstwa finansowego, niesie światu schillerowskie przesłanie - "O radości, iskro Bogów... wszyscy ludzie będą braćmi, z nami ten, kto choćby jedną duszę rozpromienić mógł, a kto miłości nie ma, niech nie wchodzi tu na próg...".
Wiara, nadzieja, miłość - skąd my to znamy. Przesłanie jakże aktualne. Czyżby wizja (oby prorocza) zmartwychwstania ludzkości i świata? Jakże to aktualne dzisiaj w dobie epidemii.
Beethoven jakby się nam uwspółcześnił, ukazał na nowo w roku 2020, w roku swojego jubileuszu (250 rocznica urodzin). Czy motyw rozpoczynający jego genialną, najbardziej znaną V Symfonię nie jest obecnie przestrogą dla człowieka niszczącego siebie, bliźnich i swój dom Ziemię? Motyw ten to motyw losu - fatum. Tak puka przeznaczenie do naszych drzwi.
Na łożu śmierci (26 marca 1827) Beethoven w ostatnim geście wyciągnął ku niebu zaciśniętą pięść. Jednak w braterskim schillerowskim objęciu z IX Symfonią daje nam nadzieję - nasz współczesny Ludwig van Beethoven.

Zenon Durka

Niżej najsłynniejsze symfonie Beethovena w brawurowych wykonaniach Wiedeńskich Filharmoników.

IX Symfonia



V Symfonia



Podziel się:


Kurier Kulturalny

Relacje

Archiwum

Newsletter


•  Galeria Sztuki Ratusz

•  Salon Artystyczny

•  Niedzielne spotkania z bajką

•  Festiwal Muzyki Kameralnej i Organowej

•  Mazowiecki Jazz Jam. Legionowo

•  Festiwal Szaniawskiego Legionowo

•  ProgRockFest

•  Warszawska Syrenka

•  Ogólnopolski Konkurs Recytatorski

•  Artystyczny Kalejdoskop

•  Dni Osób Niepełnosprawnych

•  Koncerty Festiwalu "Hajnówka" w Legionowie

•  Małe formy teatralne

•  Wiosenne Czarowanie

•  Legionowskie Senioralia


•  Pracownia ceramiki Smok Ceramok

•  Zespół poetycko-śpiewaczy ERIN

•  Teatr Na Luzie

•  rejestracje filmowe MOK